Rozpoczynając ten wpis, pragnę Was nazwać Poławiaczami Pereł. Dlaczego? Nagle znaleźliśmy się w rzeczywistości przesyconej rozlicznymi informacjami. W przeważającej ilości, nie są to wiadomości pozytywne, dlatego, tak wiele od nas zależy…. Od nas zależy, czym nakarmimy nasze serca, czym je ogrzejemy, czym wesprzemy. To od nas zależy, czy znajdziemy Perłę w oceanach Newsów, coraz to nowych doniesieniach o wirusie, szczepionkach, śmierci koleśnych ludzi…. Rzeczywistość nie jest łatwa. Niemniej wciąż i nieustannie rozbłyskają w niej kolejne światła, do których możemy się zbliżać i ogrzewać wnętrze, pozwalać, by nasze serce znalazło wytchnienie i inspiracje. Nie obawiaj się natłoku słow, wśród nich  wciąż ukrywa się mnóstwo  pereł, czekających na odnalezienie…

Tak też rozbłysła cudownym ciepłym blaskiem wiadomość o beatyfikacji Kardynała StefanaWyszyńskiego i Matki Róży Czackiej . Będziemy cieszyć się i współuczestniczyć w tym wydarzeniu 12 września bieżącego roku. Przed nami pojawiają się kolejne Osoby, które pozwoliły kochać się Bogu do tego stopnia, że stały się do Niego podobne… Serce Boże i ludzkie stopiły się w jedno, zabrzmiały wspólnym pulsowaniem i wspólną głęboką intymnością. Przed nami pojawiają się dusze, które pozwoliły, by Bóg je kształtował, tak bardzo spragnione i co najważniejsze… Dusze, które pozwoliły się ukochać. I nagle  w niebywały sposób uzyskujemy dostęp do tej świętości…

Nie będę tutaj szczegółowo przedstawiać życiorysów wspomnianych osób, niemniej przytoczę j głęboką, a jednocześnie inspirująca myśl Prymasa:

Ceń sobie każdą chwilę jako łaskę od Boga, którą chciej wykorzystać na jeszcze większą Miłość…

Jakie są nasze chwile? Czy traktujemy je jak dary od Boga… Od razu powiem Ci o swoim podejściu… Przeważnie, niestety nie… Przeważnie spieszę się, albo denerwuję ile jeszcze zadań przede mną i czy zdążę…

O czym teraz myślisz?

Mam podobnie? Fantastycznie z tą świętością, ale ona raczej nie jest dla mnie…, Mam za dużo wad, słabości, trudności… Świętość to przeznaczenie księży, zakonnic, nielicznych, nad wyraz dobrych… Zresztą świętość to tak niedościgły wzorzec, że zostanę tu, gdzie jestem… Tyle razy próbowałam/ próbowałem, nie mam sił, życie jest zbyt trudne…. No właśnie… Czy przesiąknięty takimi myślami, nie stajesz się właśnie Wołaniem  o Miłość? Wszyscy jej pragniemy. Czy jednak otwieramy się na jej przyjęcie? A przecież tak naprawdę Miłość możemy przyjmować w każdej sekundzie życia, niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od stanu zdrowia, możliwości mentalnych i fizycznych. Bóg nieustannie kieruje do nas czułe Słowa, składając pocałunki na naszych obolałych sercach. Czy pozwalamy sobie je usłyszeć i dalej…. Czy pozwalamy, by to one nas kształtowały, na nas wpływały? A może  cała Boża Miłość wyznana Tobie na kartach Pisma Świętego jest  tylko miłym i taktownym dodatkiem do przytłaczającej rzeczywistości i ostatecznym wyborem, kiedy zawiedzie drugi człowiek, kiedy zawiodą Twoje wypracowane przez lata sposoby radzenia sobie, które w jednych  momentach działają, a w innych, pękają jak skorupki jajka.

No i wreszcie pozostaje kłopotliwy temat zranień, których skutki powracają do nas uporczywie, jak nocne motyle, choć tyle już przeczytaliśmy mądrych książek, być może podjęliśmy trud zmian, przebyliśmy proces przebaczenia. A jednak kiedy pojawia się sytuacja trudna kulimy się w sobie, reagujemy strachem, czasem agresją, izolacją, nieszczerością w relacjach.

I nic w tym dziwnego. Nosimy w sobie czułe i delikatne przestrzenie, które wymagają ochrony. Kłopotliwą zaczyna być sytuacja, kiedy te nasze czułe, poranione przestrzenie ukrywamy również przed Współczującym, Życzliwym i Przyjmującym Sercem Boga. Tłumaczymy sobie, że przecież On wie wszystko, więc po co z Nim rozmawiać, zresztą jest Wszechmocny, więc skoro ten ból mnie spotkał, to konkretne cierpienie mnie dotknęło, On je dopuścił… I zamykamy się gruntownie w skorupkach własnego ja, bardzo zresztą angażującego, bo przecież obolałego…

Rzecz o żółwiu

 

W tym naszym ukrywaniu się trochę przypominamy żółwia. To przemiłe stworzenie, kiedy doświadcza  strachu,  czy bólu chowa się w swojej skorupie. I my też kiedy doświadczamy cierpienia, wolimy się ukrywać, chować, zakładać bohaterskie maski…. Zwijać żagle, wycofywać się. I nic w tym złego. Raniące relacje czasem wymagają wycofania się…. Pojawia się jednak pytanie? Co nam po wewnętrznym ukryciu? Jakie czerpiemy korzyści z zasklepiania się w bólu? Z całą pewnością jest ich co najmniej kilka… Po pierwsze stajemy się samotni i opuszczeni, zupełnie jak wspomniany wcześniej przemiły żółw. A to daje nam prawo do wchodzenia w rolę ofiary. Po drugie jeśli własnymi siłami (a czasem takie mamy wrażenie…) udaje nam się przekroczyć zranienie, stajemy się tzw bohaterami własnego życia, mamy wrażenie sukcesu w zakresie tzw silnej woli, pewnego rodzaju nieugiętości. Tego rodzaju postawa bardzo wpływa na nasz pozytywny obraz siebie. Czujemy się silni i kierujący własnym losem  I to rzeczywiście działa przez pewien czas. Do momentu, kiedy doznamy kolejnego zranienia….

A może świętość to po prostu odsłonięcie wnętrza przed Bogiem?

Kiedy najbardziej potrzebujemy Miłości? Właśnie wtedy… Kiedy nam nie wychodzi, kiedy tak bardzo się starałeś i znowu porażka, kiedy boli, że nie da się wytrzymać... Dobrze mieć wtedy przy sobie kogoś bliskiego, kto akceptuje Twoją kruchość, niemoc, bezradność, nieumiejętność. W relacjach międzyludzkich bywa różnie. Nosimy swoje przekonania, zniecierpliwienia, poirytowania. Czasem trudno przyjąć własną słabość a cóż dopiero słabość drugiego.



Na szczęście jest Bóg, który upodobnił się do nas we wszystkim oprócz grzechu i być może to, co nazwalibyśmy świętością codzienną jest po prostu odsłanianiem wnętrza przed Tym, który pierwszy przed nami odsłonił Serce. Pamiętasz moment na Krzyżu? Jezus wtedy odsłonił Serce i cóż… Nie było ono w najlepszym stanie… Było umierające, przeorane włócznią przez żołnierza. Nie miało w sobie nic, co łączy się z poczuciem sukcesu, produktywności, umiejętności obrony… Takie Serce słyszy… Ono słyszy szelest każdej spływającej łzy, nawet jeśli skrzętnie ją ukrywasz, słyszy ciche Twoje westchnienie, odczuwa ciężar, który niesiesz… Czy pozwolisz Bogu przytulić Twój ból. Pozwolisz, by ukołysał Cię w ramionach i pocałował w czółko. Pozwolisz siebie kochać wtedy, kiedy najdalej Ci do bycia dobrym, „wzorowym katolikiem”, Nawet jeśli nie od razu doznasz uzdrowienia pełnego fajerwerków? Nawet jeśli doświadczenie bliskości rozegra się tylko i wyłącznie w Tobie a nie na oczach tłumów? A może świętość codzienna jest cicha, zakwita powoli i pachnie Miłością, jak pierwsze konwalie otulone rosą? Może to są momenty najzwyklejsze, które przeżywasz razem z Bogiem, który oddał Ci WSZYSTKO. Być może największa świętość wybucha wtedy, gdy traktujesz Jezusa jak Najdroższego Przyjaciela…

 

Product added to wishlist
Product added to compare.

Nasza strona używa cookies zgodnie z obowiązujacymi zasadami Unii Europejskiej.