Listopadowe spotkanie z Ciszą

Przyznam, że nie chce mi się dywagować nad takimi zagadnieniami jak choćby Halloween. Według mnie oprócz całego ładunku duchowego niebezpieczeństwa, które niesie, wydaje się być  próbą oswojenia śmierci, próbą wyśmiania jej. Czy jest to próba skuteczna? Na to pytanie pewnie nie trzeba odpowiadać.  Śmierć jest tajemnicą, która pozostaje nieznana i niezbadana. Tajemnicą, którą warto uznać i nauczyć się żyć obok niej. Życie w towarzystwie Tajemnicy jest piękniejsze, bardziej fascynujące i pokorne… Tymczasem Internet aż roi się od różnorodnych wypowiedzi na ważkie tematy i niekoniecznie mam tu już na myśli wspomnianą wcześniej modę związaną z Halloween…  Wśród osób wypowiadających własne opinie są katolicy, osoby głęboko wierzące w Chrystusa, a jednak czasem odnoszę wrażenie jakbyśmy nie słyszeli siebie nawzajem. Stąd rodzi się we mnie potrzeba głębokiego milczenia. Kiedy wśród licznych pomysłów na tekst, próbowałam znaleźć taki, który warty byłby pochylenia, przyszła mi do głowy właśnie „listopadowa cisza” Dlaczego? Spieszę z wyjaśnieniami….

Listopad to szczególny czas modlitwy, za naszych bliskich zmarłych. Stajemy wobec ciszy. Ciszy, która po nich została, Niejednokrotnie wiele lat po wydarzeniu jakim jest śmierć  odczuwamy stratę. Dokładnie wiemy, jak bardzo świat zmienił się od tamtego momentu i choć świetnie sobie  radzimy. Oswoiliśmy rzeczywistość. Ułożyliśmy od nowa relację z otoczeniem, samym sobą i Bogiem, to jednak nie jest już tak samo. Poza tym świat, który pędzi szybko, a do którego mamy nieograniczony dostęp, funduje nam coraz to nowe bomby informacyjne, które – przyznać trzeba – mają swój ciężar gatunkowy. Mamy więc nieodparte kanały ucieczki od Ciszy… A jednak ta nieustannie za nami podąża. Ostatecznie milkniemy, gdy stajemy nad grobem najbliższych. I co wówczas robimy? Zazwyczaj przerywamy milczenie. Dlaczego? Ponieważ tak bardzo nawykliśmy do działania, do robienia czegoś. Owo działanie chroni nas przed poczuciem bezradności. A przecież nie musimy pozostawać bezradni. Kościół proponuje nam konkretną formę Miłości, którą nadal możemy okazywać Naszym Najdroższym. Mam na myśli Odpusty za dusze zmarłych.



Odpust zupełny – czyli wyższa szkoła jazdy ?

Najpierw słów kilka o tym, jak wiele możemy…

Odpust – w teologii katolickiej pojęcie oznaczające darowanie przez Boga kary doczesnej za grzechy, które zostały odpuszczone co do winy. Przebaczenie grzechów nie uwalnia od kary doczesnej na ziemi lub w czyśćcu. Przynosi je dopiero odpust, którego udziela Kościół. Odpust można uzyskać dla siebie lub dla osoby zmarłej po spełnieniu określonych warunków[1]. Odpust może być zupełny, jeśli jest darowaniem całej, przewidzianej przez Boga kary lub cząstkowy – jeśli jest tej kary zmniejszeniem. Odpust może być udzielony żywym lub zmarłym.

Nasz wpływ zatem jest ogromny. Udzielamy realnej pomocy, tym, których kochamy. Jak to zrobić?

Po pierwsze wyrzekamy się  przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego.

·        wykonanie czynności związanej z odpustem.

·        przyjęcie komunii eucharystycznej, a co za tym idzie, bycie w stanie łaski uświęcającej.

·        modlitwa w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo). Ale nawet jeśli podarujemy naszym Bliskim taki rodzaj modlitwy, wcześniej czy później znów napotkamy Ciszę…

Czy my jednak nie boimy się trochę?

Myślę, że nieco tak. Cisza jest dla nas trudna. Z jednej strony szukamy ukojenia, poczucia bezpieczeństwa. Z drugiej, kiedy zapada cisza dotykamy trudnych emocji, czasem powracają one do nas jak tornado, nasz osobisty kiermasz emocji często niechcianych, które niby wojsko mrówek przechodzi przez nasze serce. I zobaczmy co my tu mamy: Myślę, że w pierwszej kolejności strach, bo rzeczywistość nam go nieustannie podsuwa, jakieś obawy skrojone na miarę naszych światów, zobowiązań i odpowiedzialności, które ponosimy. Wreszcie smutek, bo powodów do niego mamy bardzo wiele…. Być może poczucie winy i wciąż ta społecznie niedopuszczana, niechciana złość, bo jak to tak? Ciągle nam nie przystoi… To wszystko ożywa w ciszy, a my nie chcemy pozostać bezradni, więc uciekamy w działanie…

I na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że znaleźliśmy się w błędnym kole. Wznawiamy różnego rodzaju aktywności, co pociąga za sobą coraz to większe zmęczenie, to natomiast prowokuje smutek i tak dalej… Kiedy wreszcie wyczerpani spotykamy się z ciszą cały cykl trudnych emocji powraca. Cóż więc możemy zrobić?

Bóg Zmartwychwstały upragniony i bardzo daleki

Kiedy odejdą nasi bliscy, jesteśmy zmotywowani, by oswajać nową rzeczywistość. Jednak istnieje jeszcze ważniejsze zadanie – mianowicie odnaleźć się od nowa w RELACJI z Bogiem. Jeśli  wcześniej ta RELACJA była w naszym życiu znacząca i żywa, to rozmawiamy z Bogiem jak z Przyjacielem, nie próbując ukrywać łez i naszego zawodu. On zaś ukoi nasz płacz, dodając nam sił przypomni o cieple i wiośnie swego Zmartwychwstania. Jeśli natomiast nasza relacja z Bogiem zawiera w sobie pewien dystans, który najczęściej mylimy z szacunkiem, wówczas płaczemy po kryjomu, zmagamy się z trudną rzeczywistością ukryci przed Bogiem. Przecież wciąż nam nie przystoi ujawnić przed Nim jak bardzo jesteśmy załamani, jak bardzo potrzebujemy wsparcia, jak bardzo nie dorastamy i nie wystarczamy…Ponosimy  przy tym ogromny wysiłek emocjonalny, często przekraczający nasze psychiczne możliwości. Dość szybko i sprawnie przyjmujemy prawdę o Zmartwychwstaniu, karmimy się wizją Nieba w którym na powrót przytulimy Ukochanych. I to wszystko prawda! A jednak nie mamy przyzwolenia na ból innych osób pogrążonych w żałobie. Pragniemy go jak najszybciej uciszyć, ukoić, zakleić plastrem… Byle tylko się z nim nie spotkać, bo być może cierpienie kogoś bliskiego poruszy nasze zabezpieczenia i wyzwoli nasz długo ukrywany ból? Który przecież i tak wciąż w nas żyje, daje o sobie znać, gdy tylko zapada cisza….

A więc?

Tak. Cisza jest dzisiaj problematyczna. Zbyt mocno odsłania kim naprawdę jesteśmy i jacy jesteśmy. A co jeśli Bogu widzenie nas prawdziwych: przerażonych, osamotnionych, zagubionych i nieco egoistycznych… Zupełnie nie przeszkadza, a nawet wprawia Go w zachwyt. Nieco naiwny – możemy pomyśleć. Tymczasem dla Boga miejsca w których niedomagamy, nie przystajemy i nie dorastamy stanowią możliwość okazania Miłości, Życzliwości i Mocy. Cisza przeżywana w Obecności Boga staje się przestrzenią odprężenia i ukojenia, gdyż to właśnie w Obliczu Miłości możemy być w pełni sobą. Nawet jeśli w naszej własnej ocenie nie okażemy się fantastyczni. Tym lepiej. Bóg ma pole do twórczego działania. Pozwolisz Mu działać, mówić? Pozwolisz Mu siebie po prostu kochać za to, że Jesteś? A nie za to, co zrobiłeś? Ile jest takich chwil w Twoim rozkładzie dnia kiedy po prostu pozwalasz Siebie kochać? Kiedy nie oceniasz samego siebie za to ile osiągnąłeś, jak szybko pracowałeś,  czego dokonałeś? Albo też kiedy nie katujesz siebie sławnym: Mogłem zrobić to lepiej, albo narzekaniem na trudy, które Cię konkretnie dotykają. Ile razy w ciągu dnia wchodzisz w ciszę, która jest kołysaniem, przytuleniem, uśmiechem i AKCEPTACJĄ Twojej osoby?

Jezus mówi: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.

Może jednak dziś pozwolisz sobie przyjść, podejść bliżej i zaczerpnąć?

Product added to wishlist
Product added to compare.

Nasza strona używa cookies zgodnie z obowiązujacymi zasadami Unii Europejskiej.